niedziela, 21 października 2012

6. Herbata stygnie zapada mrok , a pod piórem ciągle nic. Obowiązek obowiązkiem jest, piosenka musi posiadać tekst..



Ciężkie koła terenowego suv’a, sunęły piaszczystą drogą pozostawiając za sobą jedynie, szaro-żółte kłęby kurzu, wysuszonej słońcem ziemi. W takich chwilach jak ta, dziękował swojej wytrzymałości, która nie pozwoliła mu ulec namowom żony, gdy z uporem bronił ów granatowego GMC, dzięki któremu ta heroiczna wycieczka była choćby w minimalnym stopniu przyjemniejsza. Zupełnie nie mógł zrozumieć, jak ludzie mogą mieszkać na takim odludziu, z dala od cywilizacji czy „normalnych” dróg. 
Zamknięci na pustkowiu, które nawet obrzeżem nie wypadało nazywać.  Majaczące w oddali zarysy osamotnionego budynku z każdą kolejną chwilą, rosły na potędze, coraz intensywniej ukazując obdrapane ściany starej fabryki.
  Zerkając niepewnie na wbudowaną w tablice rozdzielczą konsolę gps’u, wyhamował auto parkując na fabrycznym dziedzińcu. Zawsze uważał blondyna za wariata, aczkolwiek to, co piętrzyło się w owej chwili przed jego oczami, bez wątpienia mogło nosić nazwę szczytu głupoty. Bo kto normalny, decyduje się na zamieszkanie w jednej wielkiej ruderze, która co gorsza znajduję się prawie na końcu zakichanego świata. Dostrzegając czarne, metalowe drzwi niepewnym krokiem ruszył w ich kierunku, masywną pięścią uderzając w gładką powierzchnie.
- Cześć. – Słysząc głos, dobiegający z zupełnie przeciwnej strony podskoczył przestraszony, niepewnie odwracając się w stronę blondyna, który pokonując po dwa schodki doskoczył do drzwi popychając je delikatnie.
Zaglądając z dystansem do środka niepewnym krokiem przekroczył próg, niespełna po dwóch krokach zatrzymując się w zupełnym szoku.
 Kolosalną przestrzeń fabryki w typowo modernistycznym stylu, wypełniało perfekcyjnie odnowione wnętrze pomieszczenia, które pozbawione jakichkolwiek ścian prezentowało sobą ekscentryczną mieszankę czerni, bieli i stali, która pobłyskiem srebrnych elementów, dopełniała nowoczesną fakturę domu. Umieszczony w centrum kwadratowy, potężny narodnik, wraz z towarzyszącymi mu pufami, aż zachęcał, by zapaść się w otulające go poduch, a mimo to był on jedynie namiastka wszystkiego tego, co udało się zgromadzić basiście. Zaczynając od umieszczonego w rogu baru, który kontrastował się z dużą ilością elektronik, poprzez zamkniętą w stalowych ramach sztukę nowoczesną o znajomość, której, nigdy nawet nie podejrzewałby basistę, który chwytając w dłonie tak dobrze znaną gitarzyście książkę, szybkim krokiem ruszył w stronę jednej ze ścian, gdzie na stawowym regale ściennym piętrzyły się setki książek, z których on sam, mimo racji wieku zapewnię nigdy w życiu nie trzymał nawet w rękach.
Szerokie czarne schody, aż kusiły ciekawością tego, co mógłby jeszcze zobaczyć na wysuniętym w dalszą cześć budynku piętrze, które zdawało się wisieć wręcz w oddali, oddzielone od nich jedynie wąską barierką. Nie miał zielonego pojęcia, jakim cudem basiście udało się dokonać czegoś tak niesamowitego. Bez wątpienia jednak, była to jedna z ciekawszych sztuczek architektury, którą dopełniała szklana ściana, za której piętrzyły się spektakularne wzgórza. 
Czuł się jakby w innym świcie. Obskurny świat zewnętrzny, nie miał zupełnie nic wspólnego z ekstrawaganckim, a jednocześnie niesamowicie eleganckim i wyszukanym wnętrzem. I choć z racji zawodu widział już wiele „willi” to nawet te najdroższe, pełne wyszukanych sprzętów nie mogły równać się z tym, co zobaczył tutaj. Najśmieszniejszy w tym wszystkim był jednak fakt samego Ratliffa, który tak bardzo nie pasował do własnego domu. On sam po chłopaku spodziewał się raczej śmierdzącej, zasyfionej rudery, niżeli eleganckiego pedantycznie czystego wręcz wnętrza, w którym sam muzyk wyglądał wręcz jak żebrak w karecie.
- Piwo? – Suchy głos Ratliffa, wybudził muzyka z otępienia, ukazując mu nie wielką postać basisty „nurkującego” w jednym ze skrzydeł lodówki.
- Tak poproszę. – Odpowiedział pewnym krokiem ruszając w stroną, narożnika, który zawarczał nagle, uważnie śledząc zastygłego w bez ruchu gitarzystę.
  Duża, masywna bestia, żwawo uniosła się na silnych łapach ukazując swą typowo pociągową sylwetkę w pełnej okazałości.  Czarna, gęsta sierść karku, gwałtownie najeżyła się w przestrodze, silnie kontrastując się z białą niczym śnieg piersią i żółtymi przypalanymi łapkami. Dumną, demoniczną w swym wyrazie głowa z zacięciem obserwowała gościa, którego oczy z podziwem sunęły białym pyszczkiem przyozdobiony delikatnymi piegami, by zakończyć swą śnieżną pręgę dopiero na wysokości, niesamowicie błękitnych, i pięknych oczu, które niczym pomalowane czarną kredką hipnotyzowały wyjątkowością, obserwującego gitarzystę psa.
- Abaddan daj spokój. -  Jedno, jedyne zadnie basisty starczyło, by pies niczym odurzony magicznym zaklęciem, złagodniał natychmiast.
Abaddan zupełnie ignorując gościa, podbiegł do właściciela, który klepiąc pierś, pozwolił, by psiak, delikatnie opadł przednimi łapami na jego klatkę, by z tak nietypową dla zwierząt czułością wtulić się w kościstą pierś „pana”, który gładząc delikatnie psa, zupełnie zignorował wielkie z szoku oczy gitarzysty.
- Chciałeś coś – Warknął blondyn w towarzystwie psa opadając na przeciwległy koniec sofy.
- Piękny. – Mruknął gitarzysta z zafascynowaniem podziwiając psa.
- Nie da się zaprzeczyć. Wiec, czego chcesz.
- To jakaś rasa czy…
 - Pittman przyszyłeś tu podziewać mojego psa, czy to coś ważnego, bo jak to pierwsze to tam są drzwi. – Warknął nieuprzejmie basista.
- Adam jutro wchodzi do studia, wytwórnia nie zgodziła się na dziesięć kawałków i trzeba napisać minimum trzy.  – Zaczął gitarzysta mimo to, nawet na moment nie odrywając wzroku od wtulonej w brzuch basisty głowy czworonoga.
- A co to ma wspólnego ze mną?- Spytał, tępym wzrokiem wodząc po szyjce ściskanej w dłoni butelce.
- Teoretycznie nic. Praktycznie, chciałbym żebyś mnie zastąpił, przez najbliższy tydzień. Musze coś załatwić i nie mogę siedzieć w LA, a Adam nie napisze niczego bez choćby propozycji podkładu.
- Nie uważasz, że to trochę nie mój problem, że ten pedał nie może sam nic zrobić i do wszystkiego potrzebuje niańki. – Warknął, unosząc na gitarzystę puste spojrzenie.
- To twoja robota Ratliff, nie zapominaj, kto ci płaci. – Syknął gniewnie muzyk. Nie od dziś wiadomo było, iż tego typu, „tytuły” działały na gitarzystę niczym płachta na byka. Znali się z Lambertem wystarczająco długo, by Monte zdążył polubić wokalistę na tyle mocno, by bronić każdego jednego, zafarbowanego włosa niezdarnego wokalisty. Bez wątpienia bardzo szanował młodego muzyka, a dla jego wokalu pełen był szacunku i podziwu, bo mimo kilku nieudanych skandali, takich wibrujących w głosie emocji i przesyconego emocjami serca nie łatwo było odnaleźć wśród brudu dzisiejszego rządzącego się prawem przemocy świata, który dawno już zapomniał, co to szacunek, honor czy człowieczeństwo. A Adam mimo wielu błędów, nadaj posiadał choćby namiastki każdego z nich, dlatego nie zasługiwał na pomiatanie, tylko, dlatego, że nie bał się walczyć o swoje JA. Dlatego też odczuwając nie tylko niesmak, ale również złość w stosunku do basistę poderwał się gwałtownie, szybkim krokiem zmierzając w stronę drzwi.
- Pittman…. – Zupełnie ignorując głos basisty trzasnął gwałtownie metalowymi drzwiami, zupełnie nie przejmując się brakiem dobrego wychowania.

            Uderzając palcem w biel blokowej kartki, nerwowo zerknął na zegarek, po czym uciekł wzrokiem ku niewielkiej umieszczonej w drzwiach szybce, przez którą tak idealnie widać było podjazd.  Nerwowe pulsowanie w skroni, z każdą kolejną minutą coraz intensywniej szumiało bólem, zmęczonej kolejną zupełnie bezsensowną kłótnią głowy.  Naciśnięcia niespełna jednego okrągłego klawisza na zmywarce. Jeden maleńki pstryczek, stał się wiec nieświadomie zapalnikiem kolejnej bezsensownej awantur. Jakby to, kto uruchomi urządzenie było sprawą wagi państwowej. A przecież w rzeczywistości nie robi żadnej różnicy, czy brudne naczynia zaczną się myć za pięć czy pięć po. Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że oni sami nie potrafili dostrzec w całej tej awanturze absurdu, niczym stare zmęczone sobą małżeństwo. Brak im odwagi by wziąć rozwód i brak odwagi by na nowo podjąć próbę pojednania, bo przecież o wiele łatwiej i przyjemniej jest warczeć na siebie z byle, jakiego powodu. 
Od chwili, gdy Adam głośno powiedział o tygodniowym „ zamknięciu” w studiu, krążyli wokół siebie niczym dwa sępy, by z każdym kolejnym krokiem jedynie wyraźniej zarysować własne terytorium. Dwa wygłodniałe brakiem bliskości zwierzęta, które podjudzone wściekłością nie miały najmniejszej motywacji by, chociaż spróbować zapolować na ciepłe ramiona.
Nieprzespana nerwowa noc, konflikt interesów i przeklęta zmywarka znów spowodowały lawinę słów, których żaden z nich nie chciał usłyszeć od tego drugiego. Adam nawet zaczął już sobie w mawiać, że wcale nie interesuję go, co Sauli robił na komisariacie, by tylko załagodzić rosnąca w nim złość. Niestety bezskutecznie, bo gdy tylko jego wzrok spotykał się z siniakami po kajdankach, jego podświadomość znów żądała wyjaśnieni, których partner najwyraźniej nie zamierzał mu udzielić. Sam już nie wiedział, czy bardziej denerwuję się z troski, czy wścieka z niewiedzy. Jakby jednak nie było, coś mu się do diabła należało, nawet głupie przepraszam. Na pewno jednak nie pusty trzask sypialnianych drzwi.
Słysząc dźwięk zamykanych drzwi podniósł gwałtownie spojrzenie, zatrzymując zaskoczony wzrok na basiście.
-, Co ty tu robisz?- Burknął nawet nie siląc się na jakiekolwiek powitanie. Nie miał najmniejszej ochoty na bezsensowna walkę z bezczelnym blondynem. Zamiast odpowiedzi dostał jedynie kpiący uśmiech i czarny futerał uniesiony odrobinę wyżej.
- Coś ci się pomyliło- warknął- Wystarczy mi Monte, nie potrzebuje nadbagażu.
- Pittman najwyraźniej też skoro Cię tu zostawił, a sam jest gdzieś na północy.. – Zakpił nawet na chwile nie obdarzając wokalisty spojrzeniem.  Słysząc szereg wymruczanych pod nosem przekleństw po raz kolejny zignorował Lamberta, bezceremonialnie zajmując krzesło naprzeciwko, drewnianego studyjnego stołu.
- Napisałeś coś?
- Nie, niby jak…
 Tyle mu w zupełności wystarczyło, dalsza cześć chaotycznej jak zawsze paplaniny wokalisty był mu zupełnie zbędna.  Chwytając w dłoni rączkę pokrowca, chwiejnie wstał z zajmowanego miejsca z zupełną ignorancją kierując się do wyjścia.
- A ty gdzie do diabła. – Rozwścieczony głos, bez wątpienia sfrustrowanego Lamberta, tak bardzo go teraz bawił. Mimo to z kamiennym wyrazem twarzy odwrócił się do muzyka unosząc kpiąco brwi.
- Jak coś napiszesz to daj znać.
- Nawet mnie nie denerwuj! Skoro już muszę z tobą pracować to obaj przyłożymy wszelkich starań, by ta praca była perfekcyjna!  - Krzyknął wściekle - Czy ci się podoba czy nie! W tym wypadku twoje nastroje, czy chęci najmniej mnie interesując. Nie chce być nieuprzejmy, ale właśnie za to ci płace! Za robotę, wiec się za nią weź!
- Chyba jednak nie do końca za to mi płacisz. –Zakpił zupełnie opanowanym tonem, przybierając na twarz sugestywny uśmiech.
- Sukninsyn.. – Warknął cicho wokalista nabierając nerwowo powietrza.  Gdyby nie poranna awantura z Finem, teraz zdecydowanie nie dałby tak po prostu wyprowadzić się z równowagi. Jednak buzujące w nim emocję, tak silnie zatarł racjonalizm, pozwalając negatywnym emocjom wziąć górę nad rozumem.
- Widzę, że słownictwo Ci się wzbogaciło.  – Zakpił Ratliff- Szkoda tylko, że to nie idzie to w parze z inteligencją.
 Zupełnie ignorując zacięty wyraz twarzy wokalisty, położył na drewnianym blacie niewielką prostokątną karteczkę. Gdzie na białej fakturze papieru nie widniało nic, po za pochyłym szeregiem cyferek, które układały się w numer telefonu komórkowego. Tym prostym gestem uświadamiając wokaliście, iż mimo lat współpracy, on dotychczas nie posiadał nawet numeru telefonu własnego basisty.
 
            Dźwięk toczącej się butelki, zanikł w idiotycznym chichocie siedzącego na podłodze wokalisty, który odurzony pochłoniętymi procentami, zupełnie zapomniał o mechanizmach rządzącymi jego dorosła rzeczywistością. Siedzący na podłodze mężczyzna bez wątpienia był jednym z tych, którzy po przekroczeniu granicy, mentalnie cofają się w czasie, aż do ulotnienia z organizmu alkoholu. Zachowując się niczym małe rozkapryszone dziecko, które w miliardach żądań, posiadało również miliony niejasność. Wiec, jeśli faktem jest, że każdy mężczyzna mentalnie nadal jest małym chłopcem. To wokaliście w owej chwili brakowało jedynie, niani, pampersa, i grzechotki, by żałosny obrazek mógł być w stu procentach dopełniony. Chwytając pierwszy kieliszek chciał po prostu ochłonąć, sięgając po kolejny chciał zapomnieć, a każdy kolejny był już jedynie nieudolna próbą zabicia samotności.
- Lambert. – Ostry syk zmusił wokalistę do podniesienia wzroku z czczonej na podłodze plamki. Przekrzywiona niczym u ciekawskiego labradora głowa spod przymrużonych powiek obserwowała oparta o futrynę postać, która bez jakiegokolwiek wyrazu obserwowała poczynania wokalisty.
 Mimo obserwacji zachowania Lamberta dłuższą chwilę zajęło mu poskładanie owej sytuacji w całości i zapewne, gdyby nie miał wokalisty za sączonego idiotę, teraz śmiał by się w głos z żałosnej postawy wiecznie ”idealnego” mężczyzny.
- Napisałeś coś - Warknął usilnie próbując skupić, uwagę Lamberta na własnej osobie. 
- Piosenkę. – Zaśmiał się Adam, zachowując przy tym niczym dumny, że swojego czynu dwulatek. Zaintrygowany słowami mężczyzny delikatnie odbił się od futryny, szybkimi ruchami przeszukując rozrzucone po blacie kartki. Zamiast rzeczonej piosenki, odnalazła jedynie nie do końca określone rysunki.
Słysząc dobiegający za pleców huk, odwrócił się gwałtownie, obserwując kolejną nieudolną próbę wstania. Po czym zupełnie ignorując zalanego Lamberta, leniwym krokiem ruszył do jednej z studyjnych sypialni.

            Głośny huk, gwałtownie rozerwał na strzępy panującą w sypialni ciszę, której tak bardzo potrzeba mu było do spokojnego snu. Siadając gwałtownie na łóżku, zaspanym wzrokiem wodził po zalanym mrokiem pokoju, próbując odnaleźć źródło hałasu, który od chwili przebudzi zdążył powtórzyć się już dwa razy. Zsuwając leniwie bose stopy wolnym krokiem ruszył do salonu, podświadomie identyfikując już huk.  Widząc, stojącego chwiejnie wokalistę pogratulował sobie w duchu elokwencji, jednocześnie wyśmiewając głupotę, która zostawił go tu niespełna kilka godzin temu z nadal nieopróżnioną do końca butelką. I choć sam wokalista zupełnie go nie interesował, to jego przerwany sen no i owszem. Podbiegając pospiesznie go chwiejącego się Lamberta w ostatniej chwili uchwycił zalanego artystę, który mamrocząc coś pod nosem pozwolił zaciągnąć się na granatową kanapę.  Gdzie opadł bezwładnie pchnięty przez wąskie ramiona basisty, który chwytając w dłonie brązowy koc, wręczył go muzykowi wraz z butelką nie gazowanej wody.
- Idź spać. – Warknął, rozwścieczony czując jak jego własne powieki opadają zmęczone.
-Porozmawiaj ze mną. – Mruknął, cicho Lambert niezdarnie układając się na wznak. Nim jednak zdążył cokolwiek odpowiedzieć, słowa same zaczęły wypływać z ust pijanego mężczyzny, który najwidoczniej wytrzeźwiał już na tyle by alkoholowa głupawa wyblakła. Pozwalając winowajcy pijaństwa zagrać pierwsze skrzypce, co w przypadku wokalisty najwyraźniej było rozważanie kolejnej awantury. I choć nigdy nie przykładał większej uwagi do życia osobistego swojego „pracodawcy” tak jak każdy członek lambertowego zespołu doskonale zdawał sobie sprawę z każdego kolejnego zgrzytu. I choć nie przykładał do tego nawet cienia uwagi, a co więcej zupełnie nie interesował go partner Lambert, jako jedyny w całym tym kółku wzajemnej adoracji nie potrafił zrozumiem, w co oni tak naprawdę, a przed wszystkim, po co pogrywają. Czując na sobie intensywne zamroczone alkoholem, niebieskie oczy leniwie podniósł wzrok rzucając na odczepnego.
- Idź do seksuologa.
-, Po co? To nic nie da. – Mruknął wokalista. Leniwie wtulając policzek w poduszkę, by niespełna chwile później zapaść w głęboki sen. Sam nie był do końca pewny, po co dał się wciągnąć w pijackie użalanie nie nad sobą mężczyzny.
 Jednego jednak pewien był na pewno, jeśli lambert zapamięta choćby krople z tego jak bardzo ośmieszył się dziś przed blondynem, zrobi wszystko by unikać go jak ognia. Co bez wątpienia było jego największą wadą. Gdy nie radził sobie z emocjami, po prostu od nich uciekał. Dając tym samym basiście upragniony spokój, od irytującego mężczyzny.

&&&
  Bardzo dziękuję ze tą odrobinę zainteresowania jakim obdarzyliście tą historię, oraz za cierpliwość, nie tyle do tekstu, co do mnie, oraz systemu dodawania notek.

Dla zainteresowanych, zmotywowałam się by odpowiedzieć na komentarze. ;)

sobota, 22 września 2012

5. Zatrzymaj się na czas. Dobrze zastanów, zanim coś powiesz i…



 Dźwięk tłuczonego szkła, echem rozniósł się, po zalanym ciszą, słonecznego poranka  kuchennym aneksie. Wywołując z ust Adam cichy syk bólu, gdy tylko faktura bladej dłoni spotkała się z odłamkami jednego ze staranie ustawionych na stole talerzy, które swą kolorową mozaiką silnie kontrastował się z niezliczonymi pedantycznie poustawianymi produktami. 
Aromatyczna woń porannej kawy, delikatnie tańczyła wokół pogrążonego w przygotowaniach Lamberta, który wyrzucając pośpiesznie odłamki zbitego talerza,  po raz kolejny sprawdzi „ustawianie” stołu. Chciał, by wszystko było idealnie, do tego wręcz stopnia, iż obsesyjnie po raz kolejny już, poprawiał ułożone w niewielkim koszyczku czekoladowe regaliki jakby to, pod jakim kątem zostaną ułożenie, miało znaczenie przy degustacji. 
Słysząc dobiegający ze strony schodów szelest zignorował promieniujący z dłoni ból, pospiesznie odwracając wzrok w stronę z chodzącego z piętra partnera.
- Adam.  – głośne wołanie mężczyzny, wyrwało go z  chwilowego letargu na nowo przywołując do pionu.
 - Tu jestem.- Odpowiedział normalnym tonem, uświadamiając tym samym Finowi, iż jest obserwowany.  – Zrobiłem śniadanie. – Wyjaśnił widząc zdziwione spojrzenie mężczyzny.
- To miło.
 Zachęcony promiennym uśmiechem blondyna, pewnie wyciągnął przed siebie ramiona, w których miejsce natychmiast wręcz zajął Sauli.
- Wybierasz się gdzieś. – Zagadnął, nie mogąc przypomnieć sobie, czy aby blondyn wspominał coś o jakimkolwiek wyjściu.
- Tak, mam spotkanie w sprawie tego nowego show muzyczno - plotkarskiego na E!. Wiesz szukają prowadzących.  –Wyjaśnił chaotycznie z nutą znudzenia.
- Nie mówiłeś nic. – Stwierdził zupełnie zaskoczony, odsuwając mężczyznę na długość ramion.
- Nie pytałeś.
- Wiec teraz pytam. Co to za program? – Zapytał, szczerze zaciekawiony pomysłem blondyna. Bo choć szczerze życzył mu wszystkiego dobrego w sferze zawodowej, to ten pomysł wydawał mu się, co najmniej dziwny.
- Nie wiem dokładnie, chodzi za pewne o bzdury w stylu Beiber ma nowy tatuaż Lovato znów się pocięła i tak dalej. – Mruknął wyplątując się z ramion Adama, by sięgnąć po jeden z perfekcyjnych rogalików.
- Aha – Mruknął enigmatycznie, całą swą uwagę skupiając na podziewaniu bieli blatu. 
- Nie no! Adam do cholery! Mógłbyś czasem uważać. – Warknął nagle Sauli, piorunując wokalistę wściekłym spojrzeniem.
- Co? – Zapytał głupio, zupełnie nie rozumiejąc wybuchu partnera.
- Jak, to, co, zobacz, co zrobiłeś. – Syknął niczym tornado odskakując od stołu. Ukazując otępiałemu zaskoczeniem Adamowi, czerwone smugi na perfekcyjnie białej jeszcze niegdyś koszuli.
- Zawsze musisz coś schrzanić. – Warknął jeszcze na odchodne, po czym zupełnie ignorując przeprosiny czarnowłosego, wyszedł z mieszkania w asyście huku zamykanych drzwi.
 Błękitne niczym wzburzone morze oczy jeszcze długo, wpatrywały się z ciemno brązową fakturę drzwi, jakby to tam zapisane były wszelkie wyjaśnienia. Jakby to te zupełnie nie winne niczemu drzwi, miały wyjaśnić mu wszystko to, o czym zapomniał blondyn.   Wzdychając bezsilnie, zacisnął dłonie na wypełnionym gorącą kawą kubku, po czym syknął gwałtownie wypuszczając granatowe naczynie z dłoni. W ciągu tych zaledwie kilku sekund przypominając sobie o zranionej dłoni, która pozostawiona sama sobie, delikatnie sączyła czerwone krople osocza, które prze jego nie uwagę nieświadomie stały się kolejnym zapalnikiem

            Zmykając ociężałe powieki niechlujnie osuną się na niewielkim plastikowym krzesełku, zupełnie ignorując panujący w poczekalni szmer.
Dziesiątki zupełnie obcych mu ludzi, jak zawsze krążyło między kolejnymi gabinetami, narzekając cicho na uroki ów medycznej instytucji, która znana była również pod nazwą przychodnia. Zupełnie niechcący lub też chcący (w przypadku dzieci) trącając milczącego basistę, który jako jeden z nielicznych „grzecznie” czekał na swoją kolej. Nie prowokując posępnej pielęgniarki, tym zapewne znienawidzonym przez nią „długo jeszcze”, które nawet jego samego zaczęło już powoli denerwować.
 Bardzo chętnie by stąd wyszedł, zostawiając za sobą płaczącego chłopca, który jak na złość dziś postanowił zająć miejsce obok niego, głośno narzekającą staruszkę, czy ciężarną kobietę, która wydawała z siebie dźwięki do złudzenie przypominające parowóz. I choć miejsce to nie miało wiele wspólnego z tymi, do których wraca się chętnie, on wracał. Sam jednak nie potrafił sobie odpowiedzieć, dlaczego. Jedno jednak wiedział na pewno, każda ta wizyta była gramem odpowiedzialności w tonie głupoty, jaką przejawiał każdego sobotniego wieczoru szukając zapomnienia tam, gdzie nigdy nikt go nie znalazł.
- Tommy Joe Ratliff. – Zirytowany, a zarazem zmęczony już głos, recepcjonistki przywołał go do kontuaru, jak zwykle wciskając w jego dłoń długopis, którym automatycznie już złożył chaotyczny podpis, który jednak nie miał nic wspólnego z tym pozostawionym na setkach zdjęć czy plakatów. Odbierając z dłoni kobiety błękitna kopertę, zdecydowanie zbyt szybko opuścił hol poczekalni, nawet na chwile nie zwalniając kroku, podczas drogi dzielącej go do pozostawionego na parkingu czarnego Mustanga. Zatrzaskując gwałtownie drzwi, opadał na siedzenie kierowcy, bezwładnie opierając głowę na ponad czterdziestoletniej kierownicy. Drobne ciało basisty, nawet delikatnie nie zadrżało zdradziecko, jedynie urwany coraz płytszy oddech, zupełnie głuchy na kontrolę zachować, szumiał delikatnie w wyciszonym wnętrzu.
 Jedynie cztery głębokie oddechy wystarczyły, by brązowe oczy na nowo uchyliły się, a blada od zaciskania na kierownicy dłoń, bezwładnie opadła na siedzenie pasażera, zostawiając tam błękitną torturę.
 Zostawił ją, bo tak po prostu, nie miał odwagi zajrzeć do środka. Wolał już to uczucie niepewności, ów równie pochyła, na jakiej dryfował między kolejnymi kopertami. Tak było łatwiej. A on czasem po prostu pozwalał sobie na to „łatwiej” ze zwykłego tchórzostwa, bo przecież łatwiej jest udawać, ze problemu niema, niż się z nim zmierzyć. W takich chwilach po porostu wierzył, iż niewiedza jest błogosławieństwem. Odpalając silnik, automatycznym ruchem dłoni poprawił wsteczne lusterko, z którego patrzyły na niego przepełnione troską błękitne tęczówki.
- Jest ok. –  Szepnął, bardziej do siebie niż towarzysza, po czym płynnym ruchem  opuścił parking.

            Kolejne, zatoczone nerwowymi impulsem elipsy na nic się nie zdawały w obliczu, kolejnego ruchu niebłagalnej wskazówki, która zupełnie głucha na nieme prośby wokalisty nieubłaganie brnęła do przodu, zataczając już osiemnaste koło od chwili, gdy wzburzony blondyn tak po prostu zatrzasnął za sobą drzwi nie dając nawet najmniejszego znaku życia.
 Na dobrą sprawę nawet nietknięte śniadanie nadal tkwiło na stole w asyście potłuczonego granatowego kubka, i czerstwych już teraz rogalików, których Adam sam nie zamierzał nawet tknąć. Coś, co miło być miłym impulsem troski, zmieniło się wiec w kolejny chorobliwy impuls zagłady, która coraz częściej krążyła nad nimi niczym ciężkie burzowe chmury, które nie są jeszcze gotowe na ulanie deszczowych łez, jednak Ty, tak doskonale czujesz ich brzemię.
 Adam jednak mimo wszystko chciał z nimi walczyć.  Chciał,  by odeszły. Zostawiając ich we względnym spokoju, który tak idealnie udawało im się, dotychczas tworzyć. Nie był idealny i czasem tak po prostu przeginał zachłyśnięty biegiem, jaki wciąż go otaczał. Nie by jednak nieczułym potworem, który zupełnie niewzruszony, zaniedbywał partnera, całą swą uwagę poświęcając butelce Daniels’a.
Był, jaki był, może nie idealny, ale naprawdę się starał.
 Dlatego teraz z każdą chwilą, denerwował się coraz bardziej, mając jednocześnie żal do fina, iż ten nie napisał mu nawet głupiego „ Nie gadam z tobą” lub po prostu „Nie wracam na noc”. Oczywiście, że nie był by zadowolony z takiego przebiegu sytuacji, ale przynajmniej wiedziałby, że jego ukochany zakręcony, blondyn nadal jest wściekły, ale bezpieczny.
I choć nigdy nie należał do ludzi, którzy po raz kolejny, słysząc dźwięk poczty wpadali w panikę, pisząc wszelkie możliwie czarne scenariusze, to po kolejnym monotonnym „wybrany numer jest chwilowo niedostępny”, zaczął się tak po prostu, denerwować się o bezpieczeństwo mężczyzny. Bo choć LA bez wątpienia było jednym z tych najciekawszych miast w Ameryce, to było również na liście tych najniebezpieczniejszych. A on tak po prostu troszczył się, ale i jednocześnie bało o bezpieczeństwo Fina.
 Słysząc wiec upragniony sygnał połączeni odetchnął z ulgą powoli układając w głowie całe litanie ochrzanu, jakim obdarzy partnera.
- Sauli, co ty sobie do diabła wyobrażasz. – Warknął na powitanie, gdy tylko usłyszał upragnione „Adam”.
- Możesz po mnie przyjechać. – Mruknął cicho Fin.
- I tylko tyle masz mi do powiedzenia! Zachodzę w głowę…
-Po prostu przyjedź, prószę – Przerwał mu cicho, Sauli. Zaskoczony tonem mężczyzny zamilkł gwałtownie pozwalając mu kontynuować. – 24 Komisariat. – Mruknął po czym rozłączył połączenie.
Zdębiały usłyszaną informacją Adam, jeszcze chwilę stał w bez ruchu, po czym gwałtownie wybiegł z mieszkania zagarniając po drodze jedynie kluczyki. W całym tym zamierzaniu ignorując fakt, iż przecież blondyn nie dzwonił z własnego numeru.
 Podróż ulicami Los Angeles nigdy nie wydawał mu się tak uciążliwa i długa, jak przez te niespełna kilkadziesiąt minut, które dzieliły go od przeciwnego krańca miasta.  Teraz zupełnie nie ważne było, co się stało, teraz liczyło się jedynie to, by blondynowi nic nie było. By był cały!
Próbując zachować resztki opanowania, drżącymi dłońmi pchnął drzwi, powoli wchodząc do środka.
 Przestronne wnętrze komisariatu zważając na porę, świeciło pustką. Jedynie starsza rudowłosa policjantka. zajmowała miejsce za szarym kontuarem, wyraźnie zmęczona już zmianą.
- Mogę w czymś pomóc. – Zapytała sucho, głosem do złudzenia podobnym do znudzonego Ratliffa.
- Mój przyjaciel.. – Zaczął nie pewnie, uświadamiając sobie, że właściwie to nie ma pojęcia co stało się Finowi.
- Nazwisko.
- Koskinen, Sauli Koskinen. – Odpowiedział pospiesznie, uważnie obserwując kobietę, której wyraz twarzy dla urozmaicenia zmienił się w zniesmaczenie, które nie miało jednak nic wspólnego z tak często spotykanym obrzydzeniem. W jej spojrzeniu było coś, co bardziej przypominało żal, jakby żal jej było czarnowłosego z jakiegoś tylko jej znanego powodu.
- Mam rozumieć, że wpłacasz kaucje. – Mruknęła z politowaniem, przeszukując niezliczone dokumenty na biurku.
- Kaucje? – Zapytał zaskoczony, zupełnie już gubiąc się w tym wszystkim.
- A czego oczekiwałeś, że wyjdzie na ładną buzię. –Warknęła, coraz bardziej wyprowadzona z równowagi.
- Tak wpłacę. – Opowiedział pośpiesznie, podpisując wciśnięte w jego dłonie dokumenty. Było mu już wszystko jedno, co podpisuje. Chciał po prostu zobaczyć blondyna i zażądać wyjaśnień.
- Poczekaj chwilę. – Poleciła, unosząc jednocześnie słuchawkę stacjonarnego telefonu.
Każda kolejna minuta niemiłosiernie mu się dłużyła, a w głowie rodziły się coraz to najczarniejsze myśli, bo co niby u diabła mogło się stać, by jego spokojny czasem niepotrzebnie pyskaty kochanek, wylądował w więzieniu. Ewidentnie ponosząc za coś winę, bo przecież za niewinnych kaucji się nie wpłaca.
 Już nawet zebrał w sobie dość odwagi, by zadąć ów pytanie rudowłosej policjantce, nim jednak zdążył otworzyć usta z oddalonego we wnętrzu komisariatu korytarza wyszedł policjant w towarzystwie pocierającego nerwowo nadgarstki blondyna.
- Co się stało. – Zapytał nerwowo, zupełnie ignorując obecność policjantów.
- Nic. -  Mruknął jedynie blondyn, by nie czekając nawet na Adama opuścić komisariat. Zaskoczony zachowaniem partnera, zastygł w bezruchu obserwując znikającą za drzwiami sylwetkę. Buzujący w nim dotychczas strach, powoli zmieniał się w niedowierzania, a ta zapewne zamieniłaby się w złość, gdyby nie znaczące chrząknięcie kobiety, która obdarzając po pełnym politowania spojrzeniem, skinęła w stronę drzwi.
- A tak dziękuję. – Mruknął zawstydzony, pospiesznie doganiając partnera, który oparty o maskę auta, pocierał ją delikatnie jakby próbował zetrzeć nieistniejący bród.
- Możesz mi do diabła wytłumaczyć, co ty robisz! Nie dajesz znaku życia od rana.  Znikasz, a potem każesz mi wpłacać kaucję. – Krzyknął zirytowany do granic możliwości.
- Nie kazałem ci wpłacać tej cholernej kaucji! -  Warknął, – Jeśli tak bardzo Ci zależy podwieź mnie do bankomatu to ci zwrócę! Albo wiesz, co? Chrzań się! – Warknął ruszając szybkim krokiem w kierunku głównej ulicy.
- Sauli! – Krzyknął za oddalającym się partnerem Lambert. – Sauli!
-, Czego znów chcesz! – Prychnął gniewnie, wykonując gwałtowny odwrót w stronę wokalisty.
-Co my w ogóle robimy? –  Spytał cicho. Jednak w ich głowach te pozornie nic nieznaczące słowa, zabrzmiały niczym nasycona niezliczonymi wyładowaniami burza, niczym huczący wiatr, i dziesiątki tysięcy innych zupełnie nie potrzebnych im teraz dźwięków.


sobota, 8 września 2012

4. Przestaliśmy sprawdzać czy potworów nie ma pod naszymi łóżkami, kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że są wewnątrz nas.’



            Ostre reflektory oświetlenia, nachalnie podrażniały piekące ze zmęczenia oczy. Irytując chyba każdego, z umieszczonych na niewielkim podeście muzyków. Ciężka, obfita w alkoholowe trunki noc, nadal huczała w ich zmęczonych głowach. Nie po raz pierwszy, deklarując obietnicę abstynenci, żywotność, której wygaśnie wraz z kolejnym „kolorowym wieczorem „ szumiących rozrywek.
Nie wiedzieć dlaczego, Europa zawsze kojarzyła im się z brakiem zahamowań i Adam był wręcz pewny, że choć On, nie wyściubił wczoraj nosa z pokoju, cała jego ekipa dopiero nad ranem przywitała się z ciepłą hotelową pościelą.
Błękitne oczy wokalisty z triumfalnym uśmiechem wodziły, po wymęczonych twarzach muzyków, co jakiś czas zerkając również na za zupełnie niezaspaną studyjną załogę, która błądząc między kolejnymi stanowiskami pracy tak bardzo kontrastowała się z „jego” skacowaną ekipą, która po „ huczącym” występie z utęsknieniem czekała na ten zbawienny, zamakający niemiecki show wywiad.  
Widząc zmierzającą w jego kierunku czarnowłosą redaktorkę. Ubraną w krwisto czerwony żakiet uśmiechnął się nieznacznie, ściskając dłoń kobiety.
- Witaj, Ivonne – Ciepły zachęcający uśmiech kobiety, tak silnie kontrastował się z cieniem uśmiechu, jaki posłał mu w tej samej chwili, oparty o jeden z filarów studia Sauli.
-Adam, miło mi.
 Seria tych samych, rutynowych wręcz pytani, dostawała równie wyuczone na pamięć odpowiedzi, które automatycznie wryły się w pamięci wokalisty, powtarzane dziesiątki już razy.
- Myślisz, że jest jeszcze pytanie, które mogłoby Cię zaskoczyć?- Przepełnione życzliwością mieszaną z ciekawością pytanie redaktorki, wydarło wokalistę z automatu odpowiedzi, zmuszając do zebrania myśli.
- Myślę, że zawodowo, już nie wiele jest takich pytań.- Odpowiedział wreszcie po dłuższym milczeniu.
- A w życiu? – Zapytała, wyraźnie niezadowolona.
- Życie to pytanie. Na które nie odpowiada się słowami, a życiem. –Odpowiedział z ulgą przypominając sobie cytat z jednej z czytanych niedawno książek. Miał nadzieje, iż został tym samym uratowany, przed czujnym wzrokiem redaktorki, która choć nadal uśmiechała się firmowo, to w jej oczach powoli zaczęła budzić się irytacja.
-, Dlaczego kłamiesz?- Słysząc kolejne pytanie, był wręcz pewien, że nie było go na liście podsuniętych mu wcześniej zagadnień, na które zgodził się odpowiedzieć.
Stał pod ścianą. Gdyby teraz wyszedł, sam założyłby pętle na własną szyję, podejmując ryzyko odpowiedzi, podejmuje również ryzyko możliwej klęski.
  Milcząca publiczność w studiu z niecierpliwością oczekiwała odpowiedzi, zastygając w bezruchu jak i zapewne miliony telewidzów wpatrzonych w szklane ekrany porannego programu.
-, Dlaczego tak myślisz? – Próbował niepewnie dryfować na powierzchni, która tylko pozornie była bezpieczną taflą.
- Po prostu wyciągam wnioski, Adam. –Opowiedziała z uśmiechem na ustach, których skrywała się krwista czerwień żądzy sukcesu.
Wreszcie do niego dostało, iż ta pozornie uprzejma, ciepła osoba była jedną z wielu hien, które tylko szukały tematu by ich nazwiska nie schodziły z ust. Tak doskonale zrozumiał, że stał się ofiarą, którą idealnie można ośmieszyć, jeśli pociągnie się za odpowiednie sznurki. Nabierając bezpiecznie powietrza przeniósł wzrok na zespół, który sparaliżowany, tak jak i cała widownia wpatrywał się w niego z szokiem. Jedynie zupełnie niewzruszony Ratliff uniósł usta w cieniu kpiącego uśmiechu.
Adam doskonale wiedział, iż blondyna niesamowicie bawi, cała ta farsa i zapewne będzie pierwszym, który wyśmieje go, gdy tylko zgasnął światła reflektorów.
- Więc… - Ponagliła reporterka już uśmiechając się zwycięsko pod nosem. Jak wielkie mogło wiec być jej zdziwienie, gdy to nie Adam, odpowiedział jej na tyle dobitnie, by usatysfakcjonowana publiczność, zaklaskała gwałtownie na dźwięk słów Basisty.
- Wszyscy żyjemy w szklanych domach. Dlatego musimy uważać, gdzie bierzemy prysznic.

            Gwar poruszenia panujący w niewielkim vanie, dobitnie uciął krzyk menedżerki, która z gwałtownością godną monsunu, wrzeszczała właśnie na dyrektora porannego show. Zupełnie zapominając o opanowaniu czy klasie.
Obserwując menedżerkę jednego Adam mógł być pewny. Ta wymagającą, czasem nie miła kobieta mimo wszystko nie pozwoli skrzywdzić ani jego, ani jego muzyki. Walcząc nie tylko o każde kolejne zero na ich kontach, ale również o samą idee, w którą wokalista tak silnie wierzył.
 Nigdy nie był przesadnie poukładanym i pasującym do schematu człowiekiem. Był po prostu sobą, odrobinę niezdarnym, nietuzinkowym, czasem zadziornym facetem, który zawsze dodawał długi. Dług wdzięczności to tylko pozornie żadne zagrożenie dla budżetu, bo choć nie nadwyrężało tego fizycznego, to ten emocjonalny, czasem potrafił ucierpieć o wiele bardziej niż skarbonka. Gdy tylko dłużnik upomni się o swoje. A Adam jednego był pewien, kto, jak kto jednak, Ratliff zdecydowanie nie zamierza grać dobrego samarytanina. Dlatego też niektóre słowa wolał już, jak najszybciej mieć za sobą.
- Poczekaj. -  Stanowcza prośba w swym wydźwięku zabrzmiała bardziej jak rozkaz. Jednak czarnowłosy odnosił wrażenie, że to jedyny sposób, by zmusić basistę do chwili uwagi. Wysunięta w stronę nawigacji windy dłoń muzyka, opadła leniwie, jakby chcąc w ten sposób oznajmić, iż to wszystko, na co może liczyć w owej chwili Lambert.
- Chciałem podziękować, wiesz, za co.  – Oczekując jakiejkolwiek reakcji basisty, wsunął dłonie do kieszeni czarnych rurek, uważnie obserwując, pozbawioną jakichkolwiek emocji twarz muzyka. 
- To wszystko. –  Wyprany z emocji głos basisty, zupełnie nie zaskoczył Adama, przypominając mu jedynie, iż ta rozmowa od samego początku nie miała najmniejszego sensu. Czego dowodem były, chociaż by znikające w szklanej kopule windy plecy blondyna.
- Idziemy? – Ciche pytanie w asyście ciepłej dłoni na ramieniu, oderwało jego spojrzenie od znikającego Basisty.
- Tak, oczywiście. – Odpowiedział, delikatnie musając palcami policzek fina.

            Zadymiony obraz niemieckiej stolicy, powoli stawał się jedynie mglistym wspomnieniem, z którego wyrywał ich szum, ciężkich silników mechanicznego ptaka, amerykańskich linii lotniczych, które miały zabrać go do domu. Domu, w którym wszystko miało być już dobrze. Poprawiając śpiącą na jego ramieniu głowę Sauli’ego, leniwie przeniósł spojrzenie na panoramę widniejąca za niewielkim samolotowym oknem. Świat tam na dole wydawał się tak niezwykle maleńki, jakby jednym uściskiem dłoni, można było objąć tysiące istnień. Jakby wszystko tam daleko, było tak proste i klarowne. I jakkolwiek śmieszne, by to nie było, on naprawdę chciał wierzyć, że tak właśnie jest, że świat tam na dole wcale nie chce w niego uderzać dla własnej uciechy, a chce po prostu pokazać mu, że coś robi nie tak.
„ Nie wiem, co robimy nie tak, ale coś na pewno” cichy oskarżycielki głos sumienia tak dokładnie odzwierciedlił słowa Sauli’ego, po raz kolejny wbijając go w poczucie winy. Pchnięty rozgoryczaniem westchnął ciężko, delikatnie opierając własną głowę na głowie drzemiącego fina.

- Miejmy nadzieję, że to wszystko rozejdzie się po kościach.
- Linda, wszyscy doskonale wiemy, że to wszystko nie skończy się tak łatwo, niektórych rzeczy nie da się zamknąć od tak na klaśnięcie dłoni.  – Kontynuowała dyskusję choreografka.- A brnięcie w coś tylko, dlatego że tak jest korzystniej, też nie jest najlepszym pomysłem. – Mruknęła skinieniem głowy wskazując na śpiącego basistę. –, Bo potem konsekwencje są o wiele bardziej bolesne.
- Brooke, zostawienie tego – Zamilkła w zamyśleniu- Milczenie też nie prowadzi do niczego dobrego.
- A może byście się tak do cholery zamknęły i pozwoliły wykazać się naszej sex divie, on zapewne coś wymyśli, a jak nie to zawsze może przejść do działania. -  Ociekający kpiącą ironia obrzydzenia głos, naglę przerwał rozmowę, uświadamiając pogrążonym w dyskusji kobietom, że nie są jedynymi zaangażowanymi w konwersację.
- Zamknij się Ratliff. – Syknęła rozwścieczona choreografka, taksując blondyna nienawistnym spojrzeniem. – Po prostu zamknij się i nigdy już nie otwieraj ust w moim towarzystwie.
- Spełnię twa prośbę z wielka przyjemnością. – Zakpił. – W końcu i tak nigdy nie masz nic do powiedzenia. – Dokończył po czym zupełnie nie przejmując się gniewnym prychnięciem kobiety, bezgłośnie w stał z zajmowanego przez siebie miejsca, wolnym krokiem kierując się w stronę toalety.
- Nadęty dupek. –  Prychnęła gniewnie Brooke, przenosząc rozwścieczone spojrzenie na Lamberta, który w milczeniu obserwował nieświadomych jego przebudzenia towarzyszy.
Milczał, bo co właściwie miałby powiedzieć, że mu przykro? A kogo tak na prawdę obchodziłoby, co czuję! Dawno już przestał łudzić się, że na świecie są ludzie, którzy szczerze przejęliby się jego smutkiem. Przyjaciele, rodzina oczywiście, że mógł na nich liczyć.  Nie był już jednak małym chłopcem i sam powinien nauczyć się zwalczać własne potwory.

&&&
 Osobiście muszę przyznać, że tą część pisało mi się najtrudniej i choć osobiście jestem zdania, że wciąż czegoś jej brakuje, nie zrobię tego lepiej, przepraszam. Nie dziś! Jestem cała obolała i o mały włos nie zabiłam mojego ukochanego psa!  I jakkolwiek absurdalne może się wam to wydawać trudno jest pisać notkę, co sekundę zerkając czy wszystko w porządku z kimś, kto jest dla ciebie najważniejszy.  Silnie próbuje dodawać regularnie, dlatego dodaje dziś. Mam jednak prośbę do tych, co jeżdżą autem ze zwierzakami. Pasy bezpieczeństwa dla zwierząt to nie majątek i choć może wydawać się wam, że przypinając je do siedzenia robicie im krzywdę to pomyślcie, co dzieje się, gdy jakiś pijany kretyn wjeżdża w tył waszego auta, bo nie rozróżnia kolorów świateł! Siła, z jaką mój pies przeleciał z tylnej kanapy na przednia tylko cudem nie złamała mu kręgosłupa, mimo, iż auto stało w miejscu.
 Dlatego proszę! Wystraszy, że mój pies cierpi z powodu mojej głupoty!
 Kochać to znaczy być za kogoś odpowiedzialnym!

 Pozdrawiam Silentio.

sobota, 1 września 2012

3. Z obojętności, prawdy zimnej jak lód..

Ignorując panujący w hali szum, nerwowym ruchem poprawił granatowy kaptur. Chcąc tym samym upewnić się, iż jego anonimowość w dalszej chwili nie została naruszona.  Zdecydowanie nie czuł się pewnie w tym tłumie zabieganych podróżnych, mając świadomość, iż jego linia bezpieczeństwa z każdą chwilą może zostać naruszona. Robił to jednak dla niego. Tym małym gestem, tak bardzo chciał pokazać finowi, iż przy odrobinie wysiłku, naprawdę mogą wszystko po układać. Stworzyć coś, co nosić będzie miano ich codzienności. Nigdy nie twierdził, że będzie ona spokojna, jednak spokój przecież nosi różne definicje. Każdy z nas żyje indywidualnie i co innego sprawia, iż na jego drodze stają chwile, które po prostu zapierają dech w piersiach. A On tak bardzo chciał wierzyć, że ich związek jeszcze wiele będzie miał tych astmatycznych przeżyć.  Widząc wodzącego wzrokiem blondyna z ciepłym uśmiechem uniósł dłoń w klasyczny sposób - machnięciem dłoni sygnalizując mu swoją obecność.
 Ciepłym, tylko im jasnym uśmiechem przywitali się wzajemnie doskonale wiedząc, iż każdy najmniejszy, wychodzący z ograniczonego schematu gest, może jedynie przysporzyć im niepotrzebnych problemów, których czasem lepiej unikać. Nigdy nie miał problemu z samym sobą, a już tym bardziej z własnymi poglądem świata. Jednak w całej walce o swoją niezależność, miał odrobinę zdrowego rozsądku, który nauczył go nie prowokować niepotrzebnych spięć, gdy sytuacją jasno stała po drugiej stronie barykady.
 Chwytając w dłoń rączkę walizki partnera, wolnym krokiem ruszył w stronę pozostawionej niespełna kilka minut temu taksówki, chcąc tym samym, jak najszybciej umykać z radaru ludzkiego wzroku.
Potrzebował chwili tylko w obecności blondyna i wierzył, że ten mimo wcześniejszych spięć również tęsknił za mementami, gdy cały świat zostawał za drzwiami. 
Ściskając niepewnie masywną, aczkolwiek delikatną w dotyku dłoń, podał adres berlińskiego hotelu, układając w głowie wszystko, to co od kliku dni tak nachalnie kotłowało się w jego myślach.
 Całą drogę autem milczeli, jakby niepewni przebiegu pierwszej rozmowy, której zdaniem obydwu światkiem nie powinien być nikt postronny, a już na pewno nie ciekawski, obcy mężczyzna.

 Czując bezpieczny grunt hotelu Adam pewnym ruchem chwycił dłoń Fina, wbrew ciągłym protestom splatając ją z własnymi palcami. To nie była tak, iż blondyn nie akceptował „chodzenia za rączkę” on po prostu nie znosił splatania palców, co w przeciwieństwie do niego uwielbiał czarnowłosy, święcie przekonany, iż tylko tak dłonie pasują do siebie idealnie.
 Opadając na powierzchnie zatrzaśniętych niespełna chwile temu, hotelowych drzwi delikatnym ruchem przyciągnął do siebie blondyna, który choć pozwolił musnąć swe wargi był jakiś tak plastyczny, jakby każdy ruch Lamberta, nie robił mu żadnej różnicy.
- Myślałem, a właściwe to miałem jakąś taką głupią nadzieje, że jednak przyjedziesz.- Stwierdził smutno Sauli, delikatnie odpychając do siebie muzyka.
- Przecież wiesz, że nie mogłem. – Odpowiedział spokojnie, obserwując jak postać blondyna ucieka od niego powoli, zapatrzona w panoramie miasta.
- Wiem. To akurat wiem bardzo dobrze. Nie wiem natomiast, co musiałoby się stać, by twoje „ nie mogę”, choć na kilka chwil, straciło na ważności.
- Przecież się staram.
- Ja też, ale to chyba jednak trochę za mało. Wiesz chyba jesteśmy już za starzy na chrzanienie farmazonów. Dlatego teksty w stylu „ mamy siebie to wystraszy” bardziej nadają się do liceum. Nie wiem, co robimy źle. Ale coś robimy na pewno! Skoro wszystko się sypie!
 Słuchając słów blondyna, słyszał jak jego własne serce, nieregularnie uderza w piersi, błagając by te najgorsze słowa jednak nie padły. W ich relacji, nie było nigdy euforycznych wybuchów szaleństwa. Było jednak coś, od czego Adam zdecydowanie się uzależnił, czując, że nie może tego stracić.  Pchnięty lękiem, szybkim krokiem podszedł do blondyna zakleszczając go w silnych ramionach. Silna dłoń zdecydowanie wodziła blond kosmkami z determinacją przyciskając twarz partnera do rozgrzanej piesi. Nie wiedział, co robią źle. Wiedział natomiast, że niczego nie boi się tak bardzo jak utraty bliskości mężczyzny.

Spokojne, bystre oczy z uwagą obserwowały zatopioną w czerwień skórzanego fotela postać z dokładnością rejestrując, każde nawet najmniejsze posuniecie, pochłoniętego lekturą blondyna. Brązowe oczy basisty w skupieniu wodziły po pożółkłych kartach zupełnie nie dostrzegając, iż od dłuższej chwili jest obserwowany przez gitarzystę, który zaciekawiony  natarczywie ignorowaną melodią dzwoniącego telefonu, zajrzał do garderoby znajdując w niej zaczytanego basistę
Starszy gitarzysta, co prawda po raz pierwszy wiedział w dłoniach blondyna coś innego niż telefon, nieodłączny papierowy kubek kofeiny, czy bas. Jednak owy widok zupełnie nie zaskoczył czujnego spojrzenia mężczyzny. On jedyny potrafił dostrzec w Ratliffi’e coś nie konwencjonalnego. Dziwną specyficzną anomalią, a jednocześnie czysty przypadek zniszczenia człowieka.  W jego oczach chłopak był idealnym odzwierciedleniem przypadku, który  na swej drodze uległ zbyt wielu złym wpływom, niszcząc przy tym cały swój potencjał.  Po prostu było w nim coś, co nie pozwoliło podejść do niego schematycznie. Może i faktycznie nie był wzorem „idealnego obywatela” jednak coś tam głęboko mówiło starszemu mężczyźnie, że wbrew pozorom tak naprawdę, nic o nim nie wiedzą, bo nie od dziś wiadomo przecież, iż sarkazm jest najniższą formą żartu - jednak najwyższą formą inteligencji.  Basiście, można było zarzucić niemal wszystko, jednak nie to, iż nie był piekielnie inteligentny, bo był. Potrafił dostrzec rzeczy, których nie widzieli pozostali. Jako jedyny trzymając, menedżerkę na dystans.  Tak dobitnie udowadniając jej za każdym razem, że choć ma swego rodzaju władzę nad jego życiem zawodowym, to do życia prywatnego nigdy jej nie dopuści, udowadniając tym samym wszystkim show biznesowym gnidom, iż nie wiek, nie znajomości, a spryt ma znaczenie. Dziś jednak było już za późno, by ratować zagubionego w schematycznym świecie układów człowieka, który tak wiele utracił dokonując czasem tylko jednego niewłaściwego wyboru.  Kształtować można trzyletniego chłopca. Kształtowanie trzydziestoletniego mężczyznę to jakby na nowo udowodnić ludziom, że teoria geocentryczna to układ, który został zamazany sękiem bzdur nawiedzonego Kopernika, który śmiał zamydlić nam oczy bzdurnymi teoriami.
 Wystraszony nagłym dotykiem basista,  gwałtownie strącił tkwiącą na jego ramieniu dłoń Monete  obdarzając mężczyznę  pełnym irytacji spojrzeniem.
- Telefon ci dzwoni. – Na dźwięk słów gitarzysty, Raliff zlokalizował  hałasującego przyjaciela pospiesznie odrzucając połączenie
- Może to coś ważnego?- Niepewny, aczkolwiek stanowczy głos Pittmana, zmotywował basistę do ponownego spojrzenia na intruza.
- Nie.
- Może czasem warto spróbować?-  Nerwowy śmiech mężczyzny, tak bardzo nie pasował do statycznego wizerunku, jaki zawsze prezentował sobą gitarzysta
-A, kto powiedział, że warto?
 Dobitnie ucinając cała rozmowę złożył nadal trzymaną w dłoniach książkę, lekceważącym wszystko i wszystkich krokiem wychodząc z garderoby, by z cichym warknięciem wpaść na roześmianych, ściskających swe dłonie mężczyzn.
            Ostatnie tony perkusji ucichły, dając tym samy cichy przekaz kilku minutowej przerwy, która choć wokaliście wcale nie była potrzebna. Dla miłośników tytoniowych używek była wręcz zbawienna. Obserwując znikających z pola wiedzenia muzyków, leniwym wzrokiem szukał w tłumie obcych mu techników, tej znajomej, zapewne znudzonej już twarzy. Chciał dać Sauli’emu poczucie przynależności. Chciał, by fin zrozumiał jak cenne jest dla niego tych kilka minut na scenie, dlatego też mimo wszelkich protestów, zaciągnął go z sobą aż do Berlina, który to miał być ostatnim przystankiem przed powrotem do studia. Widząc roześmianą twarz partnera, ostrożnie zeskoczył z niewielkiej platformy, pewnym krokiem podchodząc do pochłoniętego konwersacją blondyna. Żadną tajemnicą było, iż czarnowłosy zupełnie nie rozumiał potoku ojczystych słów Sauli’ego. Jednak słysząc to jedno znaczące imię był prawie pewny, iż Fin, rozmawia z siostrą, Carmen. Osobiście starał się nie uprzedzać do ludzi jednak, to jedno, tamtoroczne, kilkominutowe spotkanie z siostrą partner, dobitnie udowodniło mu, iż ze specyficzną i przekonaną o swej perfekcji, zołzowatą kobietą nigdy nie odnajdzie wspólnego języka.  Chcąc jak najszybciej wzbudzić zainteresowanie chłopaka, ostrożnie wtulił się w jego plecy, palcami lewej dłoni delikatnie drapiąc brzuch
- Zawsze wygląda jakby był zadymiony.  
- Słucham. – Wyrwany ze świata własnych myśli oparł brodę na ramieniu chłopak całując delikatnie jego kark.
- Berlin. Zawsze wygląda jakby spowity dymną zasłoną, taki zakurzony.- Wyjaśnił Sauli, uśmiechając się delikatnie.
- Może to wina koloru budynków. – Stwierdził wyłapując wzrokiem liczne szare wieżowce.
- Nie, no popatrz. Są nie tylko szare, a mimo to mam wrażenie jakby zaraz wszystko miało stanąć w płomieniach.
- Wydaje mi się, że odrobione dramatyzujesz, ale niech ci będzie. – Zaśmiał się cicho, tak jak blondyn wodząc wzrokiem po panoramie niemieckiej stolicy.
-Długo jeszcze?
 Rzucone w przestrzeń pytanie przerwało ciszę, tak dobitnie uświadamiając Lambertowi, iż fin, najchętniej już dawno by stąd wyszedł.
- Za godzinę jest wywiad, a potem możemy wracać do LA, jeśli chcesz. – Odpowiedział powoli ruszając w stronę zbierającego się znów na podium zespołu.
- Europa tak bardzo różni się od Stanów. – Mruknął jeszcze Fin, zatrzymując tym samym zaskoczonego ów stwierdzeniem Adama.
- Czy Ja wiem, każde miejsce na swój sposób się różni.
- Nie, Europa jest mniej fałszywa, a ludzie silniej pielęgnują swoje tradycje, w Stanach już tego nie ma. – Odpowiedział z przenikliwością umiejętnie skrywanej aluzji patrząc na pogrążonego w niezrozumieniu Adama.
- Chcesz powiedzieć…
 - Chce powiedzieć, że Europa nadal ceni swoje korzenie.
- Sauli to nonsens, to nie miejsce, a ludzie się liczą. – Podjął dyskusję zdecydowanie ogłupiały logiką Fina.- To ludzie tworzą te miejsca, wiec to od nich zależy, jakie są.
-, Co nie zmienia faktu, że to, w co wierzymy i kochamy ma znaczenie.
- Oczywiście, że tak. Tylko zupełnie nie pojmuje, do czego dążysz.
- Do niczego konkretnego, zauważ tylko, że twoje czyny są sprzeczne z ideologia, w jaką wierzysz. – Słysząc odpowiedz partnera, poczuł się jakby nad jego głową zaświtał mała, żółta, rozświetlona żarówka. Miał jakąś głupią nadzieję, że blondyn już odpuścił sobie „ obiad u mamusi” najwyraźniej jednak, jeszcze długo zamierzał wypominać Adamowi nieobecność w coraz to bardziej pokręcony sposób.
- Ok. rozumiem. – Mruknął, posyłając jeszcze partnerowi cień uśmiech, który zniknął wraz z chwilą, gdy donośne wołanie menedżerki dotarło do jego uszu. Nie był jednak pewny czy tego żałuje, bo sam czasem tak po prostu się gubił, nie mogąc odnaleźć w tym wszystkim sensu, chciał pogodzić tak dwie sprzeczne materie. Sauli kontra sława, które gryzły się niczym dwa rozwścieczone dobermany nie ukazując nawet odrobiny ogłady.

Zagubiony w supłach myśli nie miał nawet najmniejszej możliwości by na ustach partnera dostrzec ów cień triumfalnego uśmiechu.

wtorek, 24 lipca 2012

2. Zginęła w niepokoju wielkich miast. Osnuta huraganem durnych spraw - Maleńka tajemnica.



    Głuchy, urwany trzask na niespełna kilka sekund, przerwał huczące w apartamencie krzyki.  Wprawiające w zniesmaczenie każdego z mijającego ich drzwi gościa. Żaden z nich, nie miał jednak odwagi, złożyć skargi na recepcji. Dwa silne, męskie głosy jeden po drugim przekrzykiwały się w furii. Zupełnie nie przebierając w słowach jakby, każde z nich miało być jedynie silniejszym ciosem od tego wcześniejszego.
Byli na granicy. Każdym kolejnym gestem próbując, zająć czymś drżące z wściekłości dłonie, które mechanicznie zaciskały się w pięści, urażone każdym kolejnym słowem. Ktoś kiedyś powiedział, że nic tak nie oczyszcza atmosfery, jak ostra kłótnia kochanków, którzy niesieni wściekłością, tylko wtedy są w stanie wykrzyczeć wszelkie żale i niejasności. Przez te kilka chwil nie kryjąc bólu, który po prostu próbują oddać partnerowi.
 Ta kłótnia, obrał jednak zupełnie inny tor. Oni zamiast wyjaśnić, wykrzyczeć niejasności, atakowali się wzajemnie coraz to bardziej wyszukanymi epitetami.  Będącymi raczej swego rodzaju popisami, niż czystą próbą wyjaśnienia sytuacji. Każdy z nich miał pretensję. Wzajemny dyskomfort, którego nie potrafili wyjaśnić. Rozgrzebując zupełnie nieznaczące w kontekście sytuację błędy, które tak naprawdę były jedynie sprzeczkami ścierających się charakterów, a nie powodem, dla którego, tych dwoje uwielbiających swą bliskość ludzi, miałoby zniszczyć wszystko to, co udało im się zbudować. Błądzili na krawędzi. Z każdym kolejnym słowem omijając sedno problemu, przez który z każdą chwilą oddalali się od siebie coraz bardziej.
Obaj mieli oczekiwania, wymagając od partnera wsparcia. Żaden z nich jednak nie brał, w tym wszystkim pod uwagę uczuć drugiego, zaślepiony własnym rozgoryczeniem.
- No i co? Teraz sobie tak po prostu spakujesz rzeczy i wyjdziesz.- Wrzasnął Adam, wyszarpując z dłoni Fina upychaną do brązowej walizki koszulę. – Bardzo dorosłe zachowanie. – Zadrwił, jednak nadal nie ściszył rozhuśtanego emocjami głosu.
- I co? Teraz zrobisz ze mnie rozhuśtanego emocjonalnie dzieciaka! Kiedy to ty, mając trzydzieści lat nie potrafisz postawić się, jednej upierdliwej babie i choć raz stanąć po właściwej stronie?
- Właściwej, dla kogo? Dla ciebie tak.- Zakpił.- Dla ciebie tylko Ty się liczysz. – Wrzasnął szybkim krokiem podchodząc do drzwi, które głośnym brzękiem trzasnęły za biegnącym wręcz holem wokalistą. Potrzeba mu było tlenu i wcale nie chodziło tu o zwykły pierwiastek, wchodzący w skład wdychanego powietrza. Potrzeba mu było przestrzeni, gdzie mógłby, tak po prostu wszystko wykrzyczeć.
Zupełnie nie zważając na zaciekawione spojrzenia, nawet nie kryjąc złości, wpadł do windy, zdarzeniem losu wpadając wprost na własną choreografkę, która zupełnie niezdziwiona stanem mężczyzny ze spokojem i delikatnością chwyciła jego dłoń, by nie pytając o pozwolenie najnormalniej w świecie ostrożnie zamykając go w swoich ramionach.
Tą jedną cechę w kobietach, Adam cenił ponad wszystko. Brooke tak jak jego mama, idealnie potrafiła wyczuć moment, kiedy po prostu brak mu było bliskości. Nie tej fizycznej, a duchowej. Bratniej duszy, która choć często zupełnie się z nim nie zgadzała, potrafiła wysłuchać. Nie krytykując, nie wywierając presji. Była po to by wspierać w szukaniu tego najlepszego rozwiązania, wysłuchać, bezsensownych wrzasków, czy po prostu brutalnie przywrócić do rzeczywistości, gdy ta umykała mu w surrealistycznych wyobrażeniach.
             
        Buzująca w nim wściekłość, zupełnie zatarła jego racjonalizm, więc gdy czarną grzywkę zmącił podmuch wiatru, wtedy błękitne oczy dostrzegły, że przednim piętrzą się tysiące dachów, a on sam stoi na tym hotelowym.
- A wiec, o co poszło? Powiesz mi? – Spokojne pytanie przerwało otaczająca ich ciszę.
- O egoizm Brooke. – Opowiedział, pocierając zmęczone oczy.
- I to jest powód, by cały hotel drżał w waszych wrzaskach? To jest dopiero egoizm, Adam! Pomyśleliście, choć przez chwile to pomyślały dzieci, które mijały wasze drzwi. Zmanierowane, bufoniaste staruszki pominę.
- Te bachory są gorzej zepsute, niż nie jeden wrak w tym mieście. – Mruknął bezsensownie, głupio broniąc się przed oskarżeniami kobiety.- Gdyby Sauli potrafił zrozumieć, że naprawdę nie mogę z nim lecieć, nie było by problemu. Czasem mam dość tych jego wiecznych pretensji. Niby jest dobrze, a w jednej chwili wszystko się sypie.- Westchnął ciężko opadając ramionami na jedną z barierek.
- Adam nikt nie mówił, że to będzie proste.- Westchnęła kobieta.- To wszystko nigdy nie jest proste. - Za niespełna tydzień znów zamkniesz się w studiu, kończąc płytę.  Nowy singiel to tylko namiastka całego zamieszania, które znów cię czeka. Nie mówię, że masz to rzucić i lecieć do Helsinek. Jednak częściej powinieneś uwzględniać, że związek to nie tylko włócznie się po barach! To urodziny jego matki, a ty jesteś częścią jego życia. Po prostu chciałby zapewne być uczestniczył w tak ważnym rodzinnym obiedzie. Kiedy do was wreszcie dotrze, że związek to sztuka kompromisów z obu, a nie tylko jednej strony. – Zaśmiała się cicho gładząc policzek przyjaciela.
- Do nas?
- Facet, kochany. Facet to chodzący egoizm z przerośniętym ego, który oczekuje od partnera, by to on zawsze szedł na kompromis. Nic wiec dziwnego, że dwóch takich to Armagedon.
 Słysząc wypowiedz przyjaciółki zaśmiał się perliście przytakując z uznaniem głową. Kto, jak kto, jednak ona niejednokrotnie zaskakiwała go słusznością swych wniosków.


          Ściskając w dłoni, butelkę jednego z najsłodszych hiszpańskich win, z ciepłym uśmiechem przekroczył próg apartamentu. Gotów przeprosić za wszystko, byle tylko znów ujrzeć ciepły uśmiech partnera.
Decydując się na ten związek pozwolił, by to emocję wzięły górę, decydując bardziej niż On. Ów zakręcony europejczyk miał w sobie coś dziwnego, coś, co potrafiło przyćmić blask wszystkich pozostałych. I choć z pozoru nie różnił się od innych, miał w sobie tak wiele do odkrycia. Był niczym dobra książka. Im dalej zagłębiasz się w treść, tym trudniej oderwać od niej oczy.
 Zaskoczony panującą w apartamencie pustką, niezrozumiałym wzrokiem błądził po białych meblach, gdzie niespełna godzinę temu walały się rzeczy największego bałaganiarza, jakiego przyszło mu kiedykolwiek poznać. W ich miejscu, była jednak teraz jedynie pustka.
Wyszukując w kieszeni elektrycznego przyjaciela, wybił z pamięci numer chłopaka, niecierpliwie oczekując na połączenie, które zaraz po drugim sygnale zostało po prostu odrzucone, duma jednak nie pozwoliła, spróbować ponownie. Opadając z głuchym łoskotem na sofę, niechlujnie odrzucił na bok butelkę, by z pozornie obojętną miną tępym wzrokiem wpatrywać się w panoramę miasta.
           
       Głośne walenie do drzwi, wybudziło wokaliste z zupełnie nieplanowanego snu, brutalnie ściągając do rzeczywistości.  Jeszcze nie tak dawno mieniące się w słonecznej łunie wieżowce, teraz tańczyły w milionach kolorowych świateł nowojorskiej nocy uświadamiając zaspanemu Adamowi, iż ewidentnie przespał pół dnia, na które zapewnie menedżerka znalazłaby zastosowanie, gdyby tylko wszedł jej w oczy. Nie mogąc już dużej zignorować pukania, wolnym krokiem sunął w kierunku drzwi. Nim jednak zdążył wykonać, choćby jeden ruch ku ich roztworzeniu, one z impetem odskoczyły ukazując twarz zniecierpliwionej „Smoczycy”.
- Zbieraj się Adam, za piętnaście minut widzę cię na dole, wszyscy już czekają.- Nie musiał pytać, po co, a już tym bardziej gdzie się wybierają, to było więcej niż oczywiste. Nowy singiel, równa się nowa promocja, nowy szum i kolejne sztuczne bezsensowne uśmiechy posyłane ludziom, których imion nawet nie potrafił zapamiętać, zupełnie nie od czuwając takiej potrzeby. Nasuwając na ramiona czarna marynarkę, wolnym krokiem ruszył w stronę windy prosząc w myślach, by jakimś niezidentyfikowanym cudem, coś tak po prostu walnęło, nie pozwalając mu gnić w kolejnym przytłaczającym miejscu.
 Gdy tylko winda zatrzymała się na parterze, wyskoczył z niej pośpiesznie, ku wielkiemu zdziwieniu dostrzegając, że faktycznie wszyscy, łącznie z krnąbrnym Ratliff’em czekają już tylko na niego. Słysząc pomruki pretensji, uśmiechnął się jedynie przepraszająco, bez słowa ruszając w stronę zaparkowanego przed hotelem vana.
- No proszę, proszę to my panie Lambert mamy dbać o pana promocję. – Zaśmiał się z nutą złośliwości perkusista trącając dla żartu wokalistę, który mruknął jedynie pusto, dręczony wyrzutami sumienia. Teraz, gdy ” przespał” cały problem dostrzegł wiele, a wręcz za wiele anomalii. I choć nadal wściekły był na Sauli’ego za każde wykrzyczane słowo w całej tej farsie jedno mógł przyznać na pewno. Zawsze stawiał karierę nad partnera, co jak obrzydliwe mogłoby się wydawać -  było prawdą, która co gorsze dotychczas mu nie przeszkadzała.
  Odczuwając jakiś dziwny niepokój, szybkim ruchem wyszarpał z kieszeni telefon, silnie wmawiając sobie, że tym razem schowa dumę, dzwoniąc tak długo, aż wreszcie usłyszy nawet rozwścieczony głos chłopaka. Jak wielkie mogło być w owej chwili jego zdziwienie, gdy na ekranie dostrzegł, uśmiechniętą twarz Fina i krótką informację o nowej wiadomości?
„ Przepraszam.”
 To jedno krótkie słowo, wydawało się Adamowi tak bardzo nie adekwatne.  To nie Sauli, powinien przepraszać, bo choć obaj nie szczędzili sobie bolesnych słów, to mimo wszystko Adam nawalił w całej tej sytuacji bardziej, niżeli rzucający obraźliwymi epitetami zaniedbywany partner. Wystukując na klawiaturze, kilka słów przeprosin i zapewnieni o zmianach, schował telefon mimo wszystko nie mogąc wyzbyć się niepewności, że nadal nie każdy element do siebie pasuje.  Czując delikatne szturchnięcie, uniósł oczy na roześmianą twarz gitarzysty odczytując z niej jasny przekaż „ jesteśmy na miejscu”.

            Niebieskie oczy z zaciekawieniem wodziły zatłoczonym parkietem, usilnie próbując odnaleźć znajomą twarz choreografki, której pozostawiony na blacie telefon wirował uparcie.
Zamiast dziewczyny dostrzegł jednak coś zupełnie innego. Obraz zawzięcie dyskutującego z barmanem Ratliff’a nie był by niczym zaskakującym, gdyby nie fakt, iż basista jawnie śmiał się ze słów barczystego brunet, który opowiadał coś żywo przy tym gestykulując.  Mimo, iż obraz prezentujący się przed jego oczami, jasno mówił, iż Basista wcale nie jest Iluzją, jakaś część jego nie dowierzała, by usta blondyna potrafiły wykonać jakiś inny gest niż kpina czy ironia. Pchnięty jakimś dziwnym impulsem wolnym krokiem, ruszył w stronę kontuaru baru, nie mogąc powstrzymać ciekawości.  Podchodząc do zatłoczonego blatu przystanął w niewielkim odstępie z nieodgadnionym wyrazem twarzy obserwował jawnie śmiejącego się z opowieści barmana basistę, którego dłoń zaciskała się na niskiej szklance złocistego trunku. Czuł się jak w jakimś innym świecie, jakby właśnie ktoś dał mu w twarz. Jakkolwiek absurdalnie, by to nie zabrzmiało nie potrafił wyobrazić sobie basisty z uśmiechem. Takie szuje jak on, się nie uśmiechają. Kpią, wyzywają czy krzywią wyzywająco no i owszem, ale nie uśmiechają się. Uśmiech to ciepły gest, mający w sobie mieszankę, dobra, czułości, troski, radości, a czasem nawet niepewności. A zdaniem wokalisty, Ratliff, nigdy żadnej z tych cech nie posiadał. Był zimnym, brudnym draniem, który niszczył wszystko i wszystkich. Chodzącą destrukcją, która jednym spojrzeniem potrafiła wydrzeć z człowieka wszelkie pozytywne uczucia. Jednego był pewny. W tym człowieku niema nic, co można by nazwać pozytywami. Zimny, arogancki, raniący wszystkich dupek, który co absurdalne tak bardzo podobał się kobietom.
Adam nigdy nie potrafił racjonalnie wytłumaczyć słów, iż kobiety zawsze kochają drani. W postaci basisty miał jednak czysty przykład, jak naiwnie potrafią być, zaślepione nie do końca zidentyfikowanym czarem.
- Podać coś…- Ciężki, aczkolwiek miły w wydźwięku głos barmana brutalnie wyrwał go ze świata własnych myśli, gwałtownie ściągając do zatłoczonego klubu. Zaskoczony tak oczywistym pytaniem zamrugał pospiesznie odrywając wzrok od skrzywionego w kpinie basisty, z którego na widok Wokalisty wszelkie pozytywne uczucia jakby wyparowały.
 - A tak… - Mruknął, wodząc wzrokiem po kolorowych butelkach.
- A wiec? -  Jawnie zaśmiał się barman. Nie było w tym śmiechu jednak nic drażniącego, jedynie ciepła uprzejmość.
 Czując na sobie kpiące spojrzenie basisty, nabrał ciężko powietrza odpowiadając stanowczo. – Coś mocnego!  
 Barman posyłając mu jedynie firmowy uśmiech, sprawnymi ruchami zabrał się za przyrządzanie trunku.
- Powinieneś ją przeprosić – Zwrócił się do basisty, zapewne kontynuując przerwaną rozmowę.-  Nie mam pojęcia, o co wam poszło, ale Mo…
 -Nie.. – Zimne, stanowcze warkniecie dobitnie uciszyło barmana, którego zaskoczone spojrzenie niebieskich oczu zatrzymało się na basiście, przyglądając mu się w skupieniu.
 Pusta w swym obliczu twarz zastygła bez ruchu, iskierkami irytacji wpatrując się w barmana, który jakby między wierszami odczytał niemy przekaz, przenosząc wzrok na wokalistę, który niepewnie wręcz zerkał na blondyna.
- Twój drink. – Stanowczy głos barmana, dał mu jasno do zrozumienia, że powinien już sobie iść.  Ściskając kieliszek z drinkiem wolnym krokiem ruszył w stronę zajmowanej przez zespół loży.
-, Kto to był? – Słysząc, stanowcze pytanie barmana przystanął za jednym z filarów, z dziwną ekscytacją oczekując na odpowiedz Basisty.
- Nikt. – Zimny, pełen wibrującej nienawiści głos, rozdarł huczącą w klubie muzykę sprawiając jednocześnie, iż Adam poczuł się niczym jeden z milionów niepotrzebnych nikomu śmieci. Mógł być „ nikim ważnym”, „nikim dla basisty”, ale samo zimne „ nikim” sprawiło, iż poczuł się jak jeden z ulicznych śmieci.  Nigdy nie uważał się za kogoś szczególnego, kogoś, kto w swym mniemaniu był ponad wszystkimi.  W swojej ocenie był po prostu zwykłym, czasem wypaczonym pod niektórymi względami, prawie normalnym facetem. Nigdy nie miał Ratliff’a za przyjaciela, raczej za wroga. Mimo to opinia basisty uderzyła w niego niczym pędzący autostradą samochód, brutalnie uświadamiając, że dla blondyna jest najgorszym z najgorszych. Najbardziej wyszukane wyzwiska, były by chyba mniej bolesne niż dobitne twierdzenie zawadzania w życiowej egzystencji.

       Chude długie palce okrężnymi ruchami tańczyły powierzchnia wypełnionej złocistą damą szklanki.  Czasami, dla urozmaicenia przechylając trunek, który nie naruszając swej tafli wychylał się delikatnie.  Ciężka, dla wielu za mocna woń wypełniała pokój szlachetną nostalgia wiekowej Whisky, bezskutecznie ucząc zapomnienia.  Stłumiony, przedzierający przez ściany śmiech sprawił, iż chudy nadgarstek uniósł się nieznacznie przyswajając kryształowe szkło do popękanych warg, które jednak nie uchwyciły alkoholu, pozwalając koniuszkowi języka bawić się wiązką ścianką naczynia.  Migoczące w oddali, kolorowe światła miasta były jedynym źródłem oświetlenia, tkwiącej bezruchu postaci, której oczy z nienawiścią wodziły po każdym wieżowcu.
 Tak dobrze je znał. Tak wiele o nich wiedział, a jednak nie było na świecie miejsca, którego nienawidził tak mocno i tak głęboko jak każdej zatłoczonej uliczki, każdej wyszukanej wystawy, każdego potężnego budynku, każdego parku, każdego szpitala…
Niczego nienawidził tak mocno jak wiecznego światła Nowego Jorku. Pędu, za wszystkim tylko nie za tym, co najważniejsze.
 Słysząc kolejne dobiegające ze ściany „parskniecie”, gwałtownym ruchem roztrzaskał drogi trunek, pustym wzrokiem obserwując płynącą gładką powierzchnią ściany Whisky.
Sącząc wprost z butelki, łyk palącego alkoholu, chwiejnym krokiem wstał z podłogi bezwładnie opadając na biel pościeli.
 Cierpiał. Bo tylko głupi wierzy, że smak alkoholu, uciszy krwawiące w drżeniu wspomnień serce.